PWM

Szukaj
Zaawansowane
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego
biuletyn informacji publicznej

Stefan Kisielewski

Stefan Kisielewski

1911-1991

  • Fragment książki „Kisielewski” Małgorzaty Gąsiorowskiej:

[…] Podróż do Moskwy, to była taka dawka absurdu, że należało ją odreagować. Zmęczony „zamętem świata” nasz bohater zawsze lubił uciec na dwa, trzy tygodnie gdzieś w zaiksowskie zacisze: do Sopotu, i to na ogół w zimie, do Konstancina, czy innych miejsc. Tam zwykle pracował nad książkami i artykułami, bo komponował w domu, potrzebny był mu do tego fortepian. Ale w zaiksowskim domu w Konstancinie był pokój z fortepianem. Tam Kisielowi udało się umknąć dwukrotnie: w 1990 i 1991 roku, aby pracować nad Koncertem fortepianowym. Wyjazd w marcu 1991 roku miał jeszcze inny cel — uniknięcie najazdu gości pragnących spędzić z Kisielem 80. urodziny. Nie była to jednak ucieczka doskonała, bo solenizanta odnaleźli tam ówczesny premier Krzysztof Bielecki, potem Janusz Korwin-Mikke. Opowiada Adam Sławiński: Siedzieliśmy ze Stefanem i Korwin-Mikkem w restauracji „Biała Dalia” popijając ulubione piwo Kisiela „Guiness”. W pewnym momencie kierownictwo lokalu zorientowało się „z kim ma do czynienia”. Zaproponowano koniak, jakieś dania. Następnego dnia nie czułem się najlepiej. W jakiej kondycji jest w tej chwili Stefan? — pomyślałem. Zadzwoniłem do niego. W odpowiedzi usłyszałem: „Właśnie skończyłem Koncert fortepianowy”. W rzeczywistości na ostatniej stronie rękopisu widnieje data 12 III 1991.Każda część ma zresztą osobną sygnaturkę. I tak: część I — 1980, cz. II — 1986 (w partyturze jest cyfra III wskazująca na marzec; w komentarzu kompozytor pisze „... i wreszcie jesienią 1986 w trzy tygodnie machnąłem część drugą...”), cz. III — 1990, cz. IV — 1991. Koncert powstawał długo, o czym możemy się przekonać, czytając odautorski komentarz. Sięgnijmy więc do tego tekstu:

Przez całe też jedenaście lat zawracałem tym Koncertem głowę dwóm doskonałym, zaprzyjaźnionym ze mną pianistom, panom Januszowi Olejniczakowi i Markowi Drewnowskiemu — a utwór wciąż nie był gotowy... Ściśle mówiąc gotowy był od początku, ale... w mojej głowie. Wiosną roku 1980 przyszedł mi do owej głowy projekt napisania specyficznego utworu muzycznego. Projekt, jak zawsze u mnie, był natury techniczno-kolorystyczno-formalnej, nie zaś uczuciowo treściowej (uczuć doznawać będzie słuchacz — to już jego sprawa). Chodziło o koncert fortepianowy z towarzyszeniem małej orkiestry, właściwie zespołu solistów, w którym przeważałyby moje ulubione instrumenty dęte i perkusyjne. Istotą pomysłu było jednak, że fortepian miał grać BEZ PRZERWY, tworząc jakby figuratywne tło dla „przemawiających” na przemiany solistów z orkiestry. Fortepian wirtuozowski ale „usługowy” wobec innych instrumentalnych indywidualności — oto istota pomysłu. Od razu przyszły mi do głowy motywy i zestawienia kolorystyczne. Od razu też zarysowały się w wyobraźni cztery niezbyt długie części utworu: po śpiewnej części drugiej zaprojektowałem jako trzecią gawota, aby uczcić pamięć mojej ulubionej Symfonii klasycznej Prokofiewa. Od tego gawota chciałem zacząć pisanie, bo miałem go pod czaszką w całości. Przemogłem się jednak i, jak Pan Bóg przykazał, zacząłem od części pierwszej, zawierającej motyw przewodni dla całego utworu. Pisało mi się świetnie i jesienią 1980 partytura tej części była gotowa, a także szkice do części następnych. „Miłe złego początki” — na tym się skończyło (na razie). […]

Koncert fortepianowy, ostatnie dzieło muzyczne Stefana Kisielewskiego został wykonany 24 września 1991 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”. Solistą był Marek Drewnowski, towarzyszyła mu Orkiestra Filharmonii Śląskiej pod dyrekcją Jerzego Swobody. Solista koncertu za tę kreację otrzymał Nagrodę Orfeusza, przyznawaną przez akredytowanych przy festiwalu krytyków zrzeszonych w SPAM. Kompozytora zabrakło w sali Filharmonii. Dla jego bliskich nie było tajemnicą, że wraz ze śmiercią żony Lidii, która odeszła 28 czerwca 1991 roku, załamały się siły życiowe niezłomnego dotąd artysty. Po krótkim pobycie w Szpitalu Przemienienia Pańskiego na Pradze, Stefana Kisielewskiego przewieziono do Szpitala Klinicznego przy ulicy Banacha. Tam kompozytor wysłuchał wykonania swojego Koncertu w transmisji radiowej Programu II Polskiego Radia. Następnego dnia obejrzał jeszcze retransmisję telewizyjną. Obawy — jak przyjmie dzieło publiczność — okazały się płonne. A były one, jak się okazało, poważne.

[Fragment monografii kompozytora, PWM Kraków 2011, str. 266-276; seria „Kompozytorzy polscy XX wieku”]